Kategorie
Historia i kultura

Królewskie Psy – Baby ze Szkierów: do przeglądu!

Nie da się ukryć, że całe zamieszanie związane z prezentacją mocno je podnieciło ale trzymały fason. Szły idealnie równym dwuszeregiem, z bronią na ramieniu, wypucowane i gotowe, by pokazać się największym panom Królestwa na ogromnym zamku, który od kilku miesięcy wisiał nad nimi niczym zapowiedź czegoś nieoczekiwanego. Nie musiały się umawiać – od dawna czekały na próbę. Dudniły równym krokiem aż echo niosło się po ulicach. Rhoud–an prowadził je przez główną bramę załatwiając wszędzie stosowne formalności. Ani razu nie spojrzał w ich stronę, nie kontrolował… tym bardziej pilnowały, by wypaść wzorowo. Czuły na sobie spojrzenia żołnierzy, którzy przecież je znali… i służby mijanej po drodze. Od czasu do czasu ktoś obcy wydawał odgłosy zdumienia, gdy zauważył, że oddział składa się z kobiet. O ile zauważył. Wydawało się, że bramy i przejścia nigdy się nie skończą a sądząc po słońcu – okrążały zamek po spirali. Od każdej bramy do następnej prowadził je inny żołnierz.

Wreszcie zatrzymały się na kolejnym niedużym dziedzińcu. Starosta odwrócił się i powiedział: – Stać. W lewo zwrot. Jeden szereg.

Wytrenowanym ruchem zmieniły szyk. W równym szurnięciu butów na bruku prawie nie dało się odróżnić pojedynczych osób. Okute drzewca równo stuknęły o kamienie.

– Czekajcie tu na mnie w gotowości. Zapowiem was Pani. Jeśli ktoś będzie pytał o cokolwiek… Joreid! Powiesz, że to ja kazałem tu czekać. Odszedł w stronę schodów prowadzących na piętro krużganka.
Stały jak przymurowane ignorując ciekawskie spojrzenia. Trwało to i trwało a gapiów pojawiało się coraz więcej. Nie zadawali pytań, po prostu co i rusz ktoś pojawiał się w oknie, wytykał je palcami i szeptał do znajomych. Ale pamiętały, że lada moment pojawi się dama, więc trzymały perfekcyjną formę. Nie chciały zrobić złego wrażenia na kimś, kto od tak dawna działał im na wyobraźnię. Wieczorami w Wieży Panieńskiej sporo gadały o tej tajemniczej postaci. Rhoud–an tylko raz im powiedział, że ze względu bezpieczeństwa to jest tajemnica i zabronił rozmowy na ten temat z kimkolwiek oraz zadawania pytań. Nie wolno było nawet wspomnieć, że szkolą się do ochrony. Trzymały się rozkazu ale w ich małym gronie temat wracał często. Na ogół były zgodne, że to wielka dama, co oznacza, że na pewno jest wysoka jak Kosa, majestatyczna, w czerwonych i złotych jedwabiach z mnóstwem klejnotów, niczym na ołtarzu. Różnice zdań dotyczyły raczej tego, czy więcej będzie czerwieni, złota czy ewentualnie będzie nosić jakieś inne kolory, np. czarny i czy to pasuje do reszty. Były zgodne, że powinna mieć warkocze upięte w koronę ale czy będą wystawać spod nakrycia głowy? Czasami zastanawiały się, czy to jakaś baronówna, czy hrabina… Bo kto byłby na tyle ważny? Lada moment miały wreszcie dowiedzieć się, która najtrafniej odgadła wygląd, zamierzały też zrobić odpowiednie wrażenie, tak by reszcie Królewskich Psów nie dać powodu do docinków.

To wszystko pomagało nie dostrzegać zainteresowania, jakie budziły w mieszkankach zamku.
Jednak nawet wojskowe opanowanie ma swoje granice. W pewnej chwili podeszła do nich jakaś malutka smarkula w bladoniebieskiej sukni, Wytykanie palcami z okna to jedno… ale ta łaziła wokół nich o krok, lustrowała od stóp do głów i dziwowała się, jakby były wypchanymi bazyliszkami. Mało brakowało a zacznie macać, czy mają prawdziwe cycki pod zbrojami. Thorunn w końcu nie wytrzymała.
– Zjeżdżaj, mała, czekamy na wielką damę. To ważne. – syknęła przez zęby nie patrząc w jej stronę i prawie nie poruszając ustami. Pannica spojrzała zdumiona i w tym momencie usłyszały zza pleców głos Rhouda–an:
– Najjaśniejsza Pani, pozwól, że przedstawię Ci ten oddział.
– Witaj, kapitanie – Smarkata odwróciła się w jego stronę i skinęła głową w odpowiedzi na jego ukłon – A więc to jest ta twoja tajemnica, o której szepcze całe miasto i pół mojego zamku? – rzuciła kpiące spojrzenie w stronę Thorunn i podeszła do rycerza.

– Kiedy je spotkałem po raz pierwszy, pomyślałem, że obowiązkowe dziewczyny przy młodych dwórkach będą mniej… hm… kłopotliwe, niż rycerze z nadmiarem wolnego czasu.
– Na pewno nie sprawią tych samych kłopotów – znowu rzuciła oddziałowi kpiące spojrzenie – a co do kontrowersji to nie mogę się doczekać min panów z Rady Królewskiej, kiedy je zobaczą. Ciekawe, czy powiedzą, że strzeżenie bezpieczeństwa to zajęcie dla mężczyzn.
– Sam jestem ciekaw, ilu mężczyzn zdoła przejść, jeśli one nie zechcą ich przepuścić – Rhoud–an uśmiechnął się i odwrócił do oddziału – Przedstawcie się kolejno Najjaśniejszej Pani Księżniczce Ivette, córce Króla Świętej Krwi.
Kolejno wykonały rozkaz próbując zachować niewzruszone miny. Thorunn ledwie zdołała wykrztusić swoje imię i nazwisko. Czuła strużkę potu na plecach, gdy Najjaśniejsza Pani przechodząc znowu spojrzała jej w oczy.
– Wszystkie macie takie podobne nazwiska… Czy one są kuzynkami, kapitanie?
– Nie. „Dottir” oznacza córkę a pierwsza część to imię ojca. To zwyczaj ze Szkierów. – wyjaśnił dowódca.
– W sumie… to czemu się dziwię? U książąt ze Skały połowa szlachty nazywa się na – berg.
– Każdy baron zaczynał od góry i zamku, który na niej postawił. Jeden na pięknej górze, inny na wysokiej… Na Szkierach rodzina często przenosi się z wyspy na wyspę, więc trzyma się ojca. Jaki kraj, taki obyczaj. Tu są dwie siostry, Kaisa i Yngwild. A reszta… – zawahał się na moment Rhoud–an – One są z tej samej okolicy, z takich samych domów, razem pływały i walczyły, więc są prawie jak siostry.
– Prawie Siostry to brzmi lepiej niż strażniczki… przecież one mają mnie chronić a nie pilnować, żebym była grzeczna. – Ivette szła wzdłuż szeregu i patrzyła z fascynacją. Ta, która przedstawiła się jako Asa Sigarsdottir, miała ramiona grube jak talia królewny. Oczywiście część z tego stanowiła przeszywanica ale nawet najdrobniejsza z żołnierek stanowiła dorodny kawał niewiasty. Na dworze nie pojawiały się takie panny.
– Mój ojciec miał na imię Magnus. Czy według waszego zwyczaju nazywałabym się Ivette Magnusdottir?
– Tak, Najjaśniejsza Pani. – odezwała się Joreid.
– „Najjaśniejsza” tylko za pierwszym razem… albo przy oficjalnych okazjach. Normalnie wystarczy „Pani”. – Ivette spojrzała w jej stronę. Ta Joreid stała przed wysoką dziewczyną z paskudną blizną na policzku i koszmarnymi sinoniebieskimi zygzakami, które zmieniały twarz w coś w rodzaju trupiej czaszki. Wysoka przedstawiła się jako Kosa. Jako jedyna używała przezwiska zamiast imienia. Ivette nagle olśniło, że tak samo postępuje starosta klareński.
– Co się stało z twoją twarzą?
– Jeden taki chciał ją zgwałcić i porżnął jej twarz nożem dla posłuszeństwa… Pani. – wyjaśniła Gudrun widząc zaciśnięte usta przyjaciółki. – No to ona jemu też porżnęła… bebechy i urżnęła, co w rękę wpadło. Jak nie wie, po co ma ptaka, to lepiej, żeby nie miał.
Ivette zarumieniła się po uszy. Kapitan syknął. Gudrun zacisnęła usta i obiecała sobie nie gadać niepytana.
– Ale to sine, to nie jest blizna? – Ivette litościwie pominęła milczeniem gafę.
– Farba w skórze. Wtarta w cienkie skaleczenia, żeby było równo z obu stron, Pani. Przynajmniej teraz nikomu nie wpadnę w oko. – po raz pierwszy odezwała się sama Kosa. Jej ochrypły głos bardziej pasował do blizn i rysunku niż do łagodnych dużych oczu.
Ivette popatrzyła na nią badawczo. Ta… Kosa… pomijając wątpliwe dekoracje miała raczej delikatną buzię, chyba jako jedyna z oddziału. A skoro w zbroi wyglądała dosyć smukło, to zapewne też była całkiem zgrabna. Chrypiąca piękność krojona nożem po twarzy, prująca flaki i kastrująca mężczyzn… raniąca twarz i farbująca rany, żeby nabrać odrażającego wyglądu… Ivette postanowiła na razie nie zadawać więcej pytań.
– Zobaczymy, co powiedzą panowie z Rady – westchnęła Ivette. Kusiło ją posiadanie własnego wojska, nawet nielicznego, ale nie tak wyobrażała sobie swój oddział. Te siłaczki o dzikim wyglądzie nie pasowały do wizji eleganckich rycerzy chroniących damę przed przykrościami w podróży. Księżniczka przypomniała sobie giermków ćwiartowanych mieczami na pomoście do wieży… wycie Kateriny, której rękę miażdżyły ciężkie drzwi… W tym wspomnieniu dziewczyny kapitana Rhouda–an mieściły się znakomicie. Westchnęła…

Inne fragmenty powieści można znaleźć tu: Królewskie Psy – Ręka i pół królestwa.
Kategorie
Historia i kultura

Królewskie Psy – poeta i śmierć

Clemet zauważył tego człowieka jeszcze przed wejściem do Licika van Dubrov. Wszyscy na ulicy zajmowali się pracą, jak to w zwykły dzień, taszczyli tobołki i wózki, nosili jakieś kosze czy pakunki… Ten jeden przechadzał się swobodnym krokiem oglądając domy, jakby którykolwiek z budynków zawierał elementy godne uwagi. Do tego gość założył kaptur i opuścił jego brzeg, co miało sens, gdy padał deszcz lub wiał zimny wiatr… Ale z pewnością nie w taki dzień jak dzisiaj. Kiedy poeta wychodził od Licika po wymianie weksla ze Skały na weksel płatny w Magasparton, ten facet stał o kilkadziesiąt kroków na ulicy i podziwiał dom mleczarza, w którym na uwagę zasługiwała jedynie tajemnica wytrzymywania w smrodzie dojrzewających serów.
Clemet Rosso, znany i szanowany poeta, znawca dziejów i sztuk wszelakich uznał, że czas odwiedzić piękne Magasparton, w którym za poetami nie chodzą szpiedzy… tylko otwarcie dobijają targu. Najpierw jednak musiał pozbyć się ogona i ustalić, skąd ten ogon wyrasta.
Na wszelki wypadek udał się do Gunnara. Jak zwykle pogawędził i zapytał o listy. Oczywiście nie przyszły, ponieważ nikt ich na ten adres nie wysyłał… ale Gunnar nie powinien tego wiedzieć, żeby odegrać swoją rolę. Następnie wyszedł przez główną bramę, schował do sakwy poskładaną kartkę, którą moment wcześniej wyjął zza pazuchy. Kątem oka zauważył szpiega odwracającego się szybko, czyli kartka została zauważona. Pytanie tylko, kto się o tym dowie?
Do konkretnych prac Clemet zwykle wynajmował specjalistów, zatem poszedł do nich klucząc trochę. Od czasu do czasu wyciągał niewielkie zwierciadełko i sprawdzał, że ogon wciąż się nie odczepił. Nie bardzo rozumiał, dlaczego człowiek tak rozpoznawalny bierze się za śledzenie kogokolwiek… Nabierał podejrzeń co do zleceniodawcy, niemniej jako człowiek doświadczony pamiętał, że podejrzenia nie wystarczą dla sprawiedliwego sądu. Musiał zdobyć dowód, czyli przeszukać szpicla.
Zarazę zobaczył tam, gdzie zwykle.
Od razu przybiegła udając żebrzące dziecko.
– Robota?
– Trzeba mi szybko odciąć ogon. Powiedz Sękatemu.
– Na chwilę czy na ostro? Teraz?
Kiwnął głową za siebie, spojrzała.
– Mika Kurwin. Sama go zrobię. Zaprowadź go pod Igłę.
Zdziwił się. Do tej pory pracowała jako pomocniczka brata, przynajmniej na zlecenia Clemeta.
– Muszę go przeszukać. – uściślił zlecenie.
– To wejdź na Igłę i rozmawiaj, niech też wejdzie.
– Ale do Sękatego i tak mam sprawę. U Świętej Dziurki, jak skończymy z tym.
Złapała w lot rzuconą monetę i znikła za rogiem.
Clemet jak gdyby nigdy nic udał się w stronę starych fortyfikacji zburzonych podczas wojny chłopskiej, kiedy to mieszczanie zbuntowali się przeciw księciu i zamknęli mu przed nosem bramy miasta. Rada miasta potem zawisła na wieży obserwacyjnej zwanej Igłą a mury zburzono. Od tamtej pory zabudowa rozciągnęła się swobodnie i chaotycznie, poszczególne dzielnice miały swoje mury albo i nie, niegdysiejsze granice stolicy znalazły się w środku a ich okolica nie miała najlepszej sławy, bo w na pół zrujnowanych ruderach przystawionych do ruin murów gnieździły się głównie osoby unikające rozpoznawalnego adresu.
W Igle pozostały jeszcze kamienne schody na drugą kondygnację oraz resztki drewnianych powyżej, których nie wzięto na opał. Ze względu na szubieniczną przeszłość nawet żebracy niechętnie w niej spali.
Clemet pokręcił się po zaułkach, żeby dać Zarazie czas na przygotowanie. Upewnił się, że szpieg zwany Miką wciąż za nim idzie… a następnie udał się wprost do wieży. Wszedł po schodach i poczynając od pierwszego piętra zaczął wyraźnie, acz bez przesady witać nie istniejącego rozmówcę.

(***)

Mika żywił do wszelkich poetów uraz – to jeden z nich dawno temu wymyślił mu przydomek, który przykleił się niczym łajno do sukna. Myśl o dopadnięciu na zdrożnym czynie członka tak paskudnej profesji osłodziła mu dzień. Nie udało się wprawdzie ustalić, gdzie ten cały Rosso mieszka, za to wchodził w podejrzane konszachty z kupcem Gunnarem, od którego wynosił jakieś papiery. Ta wiadomość zainteresuje pana Lohse… Potem przyłapał go na dawaniu datków małej żebraczce… Chyba ją kiedyś już widział… Potem podejrzany typ skierował się do podejrzanej dzielnicy, rozejrzał się pod wieżą, na której szesnaście lat temu powieszono buntowników i wszedł. Mika zakradł się do wejścia z boku, tak by nie dać się zobaczyć z okna. Zakradł się do środka cichutko, usłyszał rozmowę z góry, nadstawił ucha w stronę schodów i wtedy oślepiający ból przeszył mu plecy.

Zaraza dla pewności wbiła mu wąskie ostrze jeszcze w kark… chociaż pchnięcia w nerki i płuca zabijały wystarczająco skutecznie.
Wytarła nóż w ubranie trupa i ze złością go kopnęła w żebra omal nie łamiąc sobie palców.
– Siedem. – odliczyła dla pamięci, bo trzeba obrachować swe czyny przed Panem a tylko głupiec zaznacza zabójstwa w sposób czytelny dla sędziów.
– Chyba go bardzo nie lubisz…
– Wpakował mi się pod kieckę.
Clemet zdziwił się. Wprawdzie jego nie pociągał wygląd Zarazy ale żyła tam, gdzie żyła i nie podejrzewał ją o przywiązanie do dziewictwa czy wstydliwość. Uznała, że po tylu latach znajomości i współpracy należy mu się wyjaśnienie dodatkowe:
– Miałam jedenaście lat. Lubił świeże mięsko.
Rosso pokiwał głową. Zaraza teraz wyglądała na zabiedzone jedenaście, może dwanaście lat… ale utrzymywała ten wygląd, odkąd się znali czyli około lat  czterech. Ile miała naprawdę, trudno orzec. Obstawiał szesnaście.
– Muszę go przeszukać.
Zaraza błyskawicznie podała mu sakiewkę, nie zauważył, czym i kiedy przecięła rzemyki trzymające ją przy pasie. Wysypał zawartość na dłoń, zajrzał do środka w poszukiwaniu czegoś więcej. Bez cudów: trochę pieniędzy, przypięty do jednego kółka komplet przyborów do czyszczenia paznokci czy uszu, niewielki srebrny pierścionek bez oznak szczególnych. Nic, co mogłoby otworzyć mu jakiekolwiek drzwi w imieniu możnego protektora.
Zaraza równie sprawnie sięgnęła rękawów trupa i za pazuchę. Nie było żadnych listów, dokumentów czy czegokolwiek. Ściągnęła mu kaptur ale i w nim niczego nie ukryto, podobny efekt dało zdjęcie i przeszukanie kaftana. Sprawdziła nawet buty, chociaż większość ludzi by tego nie zrobiła… Przerażająco profesjonalna, zwłaszcza w połączeniu z wyglądem. Clemet miał nadzieję, że nikt jej nie wynajmie przeciwko niemu. Pokręciła głową.
– Czego szukasz? – zapytała.
– Chcę wiedzieć, kto go za mną wysłał.
– Dytmar Lohse – wzruszyła chudymi ramionami.
– Skąd wiesz?
– To jego człowiek.
– To dlatego nie zabiłaś go wcześniej?
– Też… A poza tym nigdy nikt za niego nie zapłacił. Nie robimy prywatnie, bo według tego węszą psy.
Clemet przytaknął i oddał jej zawartość sakiewki zabitego. Pieniądze i pierścionek wzięła, przybornik rzuciła na ciało. Takie drobiazgi robiło się na zamówienie, czasami stanowiły ślad dla sądu.
– Można go tu zostawić?
Wzruszyła ramionami ponownie.
– Tutaj najpierw obrobią trupa a potem narobią hałasu… Ale ciebie będą szukać, na pewno ktoś cię widział.
– Mnie tu jutro nie będzie. A teraz leć po Sękatego, u Świętej Dziurki powiem wam, jaka jest robota. Wyjazdowa.
Jeden krok i już jej nie było. Rosso przez chwilę zastanawiał się, jak ona to robi – wydawała się chuda, bezbronna i słaba niczym mucha. Cóż, muchy wszędzie włażą i nikt się nimi nie przejmuje. Spojrzał z obrzydzeniem na zabitego. Nie cierpiał gwałcicieli, szczególnie sięgających po dzieci. Miał ochotę nasikać na trupa. Rzadko mógł powiedzieć, że wymierzył komuś sprawiedliwość… Ale stłumił te pokusy. I tak zamordował go z prywatnych powodów a nie dla sprawiedliwości.
Nie tracił więcej czasu na myślenie. Jeśli ktokolwiek zobaczy go nad trupem, to będzie bardzo niedobrze.
Rozejrzał się ostrożnie po pustej ulicy. Z doświadczenia i słów Zarazy wiedział, że puste ulice tylko się takie wydają. Osłonił twarz kapturem, spokojnym krokiem oddalił się do najbliższego zaułka i tam dopiero przybrał zwykłą nonszalancką postawę człowieka pewnego swej pozycji.

Inne fragmenty powieści można znaleźć tu: Królewskie Psy – Ręka i pół królestwa.
Kategorie
Historia i kultura

Królewskie Psy – rzeźbiarz i modelka.

W świecie Królewskich Psów nazbierało się postaci pobocznych, które na akcję wpływają mimowolnie. Do nich należy rzeźbiarz Feyt Puncher i Fronika – jego ulubiona modelka i prostytutka z zamtuza, w którym bywał częstym gościem.
Fronika stukała do bramy dłuższy czas i ignorowała spojrzenia sąsiadów. Przywykła do pogardy, której nie szczędzili jej mieszczanie… Troszeczkę się wystroiła na pozowanie do rzeźby, chociaż wiedziała, że prawdopodobnie będzie się rozbierać. U Femeke bywali ludzie, którzy w ogóle nie spojrzeli by na sąsiadki mistrza Punchera nawet, gdyby wlazły im pod kopyta rumaków. Jedna taka, z wyjątkowo niemiłą gębą, wyjrzała z bramy naprzeciwko. Aż dziwne, że nic nie powiedziała, tylko się gapiła.
Wreszcie otwarto… ku zdumieniu Froniki zrobił to sam mistrz osobiście.
– Witaj. Wejdź. – uśmiechnął się rzeźbiarz.
Tak zrobiła, oglądając się tylko na babę z przeciwka.
– Coś ci powiedziała? – gestem głowy wskazał o kogo chodzi.
– Nie…
– Znaczy: pomogło! – zaśmiał się Feyt.
– Co pomogło? – Fronika nie lubiła żartów, których nie rozumiała.
Mistrz położył palec na wargach i gestem zaprosił ją w głąb domu. Na podwórzu wszędzie stały różne kawałki drzewa, mniej lub bardziej wykończone rzeźbione detale, gliniane miski pełne różnych substancji oraz kilka sporych kamieni w obróbce. Jeden kąt podwórza zajmował wóz pyszniący się solidniejszą konstrukcją. Prawdopodobnie zwykła furmanka nie wystarczyła do przewożenia większych kamiennych elementów. Obok niego leżały cztery kamienne kapitele, obwiązane łykowymi powrozami i przygotowane do transportu. Całości dopełniały drewniane wióry wokół miejsca pracy oraz sterta odłamków usypanych na kupkę po ukończeniu kapiteli. Drugi kąt zajmowała studnia z opartym obok bosakiem do wyciągania wiadra. A to oznaczało, że mistrz ma całkiem wartościowy dom… Tylko większe obejścia w mieście miały własną studnię. Właściwie powinni być tu również czeladnicy mistrza.
Wyglądało na to, że dzisiaj mają wolne.
– Enneleyn , znaczy… ta z przeciwka, ciągle opowiadała o różnych dziwnych rzeczach, które rzekomo się tu u mnie dzieją… A jak się zachowywała wobec dziewczyn, to chyba słyszałaś. – wyjaśnił rzeźbiarz. Rzeczywiście Fronika słyszała to i owo o wrednym babsztylu, który obrażał każdą dziewczynę pozującą mistrzowi. Od pewnego czasu temat zamarł, może dlatego, że ostatnio żadna dziewczyna tu nie przyszła. Przyczyna jednak była inna, o czym poinformował ją rozradowany artysta:
– Miałem tego dosyć, więc zaproponowałem jej, żeby mi pozowała do ołtarza i sama się przekonała, że tu się żadne sprośności nie dzieją, bo nie ma kiedy przy pracy. A jak chce, może zabrać męża, synów, córki, krewnych… i powiedziałem to przy nich. Wtedy przyleźli wszyscy patrzeć, jak będę rzeźbił jej portret.
– Jej portret? ale po co? – Fronika była naprawdę zdziwiona, przecież mistrz słynął z pięknych posągów…
– Wszystko ma swoje miejsce w świecie, ona też. Chodź, to ci pokażę.
Pokazał kierunek i opowiadał dalej.
– Patrzyli mi na ręce, bo zacząłem surową deskę i nic więcej tam jeszcze nie było. Oglądali, komentowali… No i twierdzili, że to Enneleyn jak żywa, nawet jeszcze przed pomalowaniem. – mistrz poprowadził ją w głąb, do izby, w której wykańczali i malowali rzeźby. – Popatrz. Tu jest. Wykończonego jeszcze nie widziała, a jak będzie chciała zobaczyć, to dopiero w kościele.
Fronika spojrzała za gestem: na półce pyszniły się duże kwaterki, które miały zostać zmontowane na podstawie ołtarza. Wśród liści roślin, które, jak Fronika zapamiętała z uczonych rozmów klientów Mamuśki, symbolizowały naturę, czaił się łuskowaty potwór ze szponami, wijącym ogonem i twarzą Enneleyn.
Dziewczyna parsknęła śmiechem.
– Cóż to takiego?
– Krokodylus… Bestia z dalekich krajów, wielki jaszczur, który ponoć wylewa łzy nad pochwyconymi ofiarami… a im od tego pęka czaszka pokazując mózg na pokarm potworowi. – objaśnił rzeźbiarz z zadowoleniem. Miał do tego powód: mimo nie najlepszego oświetlenia na półce bestia wydawała się wić i migotać wśród jasnych i świetlistych liści… przyczajona między życiodajną winoroślą i gotowa pożreć każdego, kto zbliży się nadmiernie.
Wyobraziła sobie babę wędrującą do kościoła wraz z całą rodziną, aby się podziwiać na świętym miejscu i aż się popłakała.
– Mistrzu Feyt – dziewczyna ocierała łzy – przecież jak ona to zobaczy, to jej mąż was zabije albo podpali dom.
– Nie podpali, bo za to cała rodzina poszłaby na stos. A i u mnie tego nie zobaczą, dopiero w kościele… i to wcale nie blisko. – rzeźbiarz najwyraźniej dobrze przemyślał sobie figiel – A poza tym nie boję się ich zemsty… bo mam swoje plany. Chodźmy do pracowni.
Zabrzmiało to tajemniczo. Przecież cały dom łącznie z podwórzem był pracownią mistrza… ale jak się okazało, chodziło o kąt, w który zdjęto część pokrycia dachowego i zastąpiono niezbyt grubym płótnem, co dało bardziej wyrównane oświetlenie i trochę intymności. Tam na solidnej podstawie stał masywny lipowy kloc, obłupany już z kory i czekający aby go przetworzyć. Obok leżał też niewielki kuferek z dłutami i innymi narzędziami umieszczonymi w stosownych do tego gniazdach. Nieco z przodu stało coś przykrytego płótnem, przypominającego trochę kształtem klęcznik wielkiej damy.
– Co to będzie? – Fronika poczuła coś w rodzaju dreszczu.
– Panna W Modlitwie. Zamówił dostojny pan Rippe ołtarz, miało być sześciu doskonałych mężów i sześć pobożnych panien… ale odkąd zacząłem robić, to co miesiąc skreślał jedną wielką postać… Mówią, że mu pieniędzy brakło. Tak, że w tej chwili ołtarz jest trzy razy mniejszy, z planu na początek został mi jeden mąż pobożny i panna w modlitwie. Miał być najwspanialszy ołtarz, piękniejszy niż w królewskiej stolicy albo Magasparton… a będzie prawie jak wszędzie. – rzeźbiarz troszeczkę posmutniał. Wyglądało że mniej się martwi zmniejszeniem zysku a bardziej redukcją dzieła i Fronika postanowiła go trochę pocieszyć. Uważała, że takich rzeźb, jakie tworzył, nie było nigdzie. Niepotrzebnie się gryzł.
– Mistrzu Puncher, nic straconego, mam pomysł. Według mnie wyrzeźbicie Pobożnego Męża, to i ołtarz na pewno będzie inny, niż wszystkie.
Trafiła, bo rzeźbiarz wybuch śmiechem.
– Trudno będzie, bo masz brodę i łysinę w zupełnie innych miejscach, niż pobożnym mężom natura przypisała.
Teraz śmiali się oboje.
Inne fragmenty powieści można znaleźć tu: Królewskie Psy – Ręka i pół królestwa.
Kategorie
Historia i kultura

Królewskie Psy – Pojedynek.

Wśród postaci drugoplanowych w „Królewskich Psach” daje się zauważyć Weyhar Hartmann – przez wiele lat sumiennie i profesjonalnie pełniący funkcję kapitana straży pałacowej u książąt z rodu Dahlborów… Po przegranej wojnie ostatni żyjący przedstawiciel dynastii utracił tron i próbował go odzyskać… ale musiał poczekać aż ludzie zapomną panowanie jego rodziny a nowa władza stanie się obiektem narzekań. W tym czasie musiał jakoś utrzymać przynajmniej minimalną drużynę… Co z konieczności robił rabując. Kapitan Hartmann uznał, że tym sposobem nie buduje się książęcego prestiżu a on sam nie zaciągał się do zbójeckiej bandy… I odszedł. A dwa dni później doszło do opisanego spotkania z kapitanem Królewskich Psów depczącym Dahlborowi po piętach…
Zjechał na brzeg. Miejsce prosiło się o postój i odpoczynek: przyjemna polana dotykająca niskiego brzegu płytkiej rzeki. Intuicja podpowiadała, że lepiej odpocząć gdzie indziej ale musiał nabrać wody i napoić zwierzę.
Zeskoczył z siodła, zdjął buty, przytroczył je do siodła i podwinął nogawice. Nie cierpiał wilgotnych nogawic a musiał wejść do rzeki. Rumak początkowo boczył się na bieżącą wodę, w końcu jednak dał się przekonać. I wtedy z krzaków po drugiej stronie wyszedł niski mężczyzna w kolczudze.
– Weyhar Hartmann! – zawołał.
– Rhoud-an Paul… – diabli nadali spotkanie…
Obaj powoli położyli ręce na rękojeściach mieczy. Kapitan z Clarenne przeszedł przez płytką wodę nie przejmując się mokrymi butami. Stanął na środku nurtu.
– Gdzie jest Hagen?
– Już mnie to nie obchodzi.
– Nie wierzę. Znam cię.
– To powinieneś wiedzieć, że nie kłamię.
Rhoud-an zawahał się na chwilę. Hartmann należał do ludzi, którzy atakują od razu, jeśli uznają że jest powód. Spotkanie ze śmiertelnym wrogiem było najlepszym powodem do natychmiastowego ataku. Chyba, że już nie byli wrogami. Uświadomił sobie rzecz absolutnie nieprawdopodobną: kapitan straży książęcej Dahlbora chyba faktycznie porzucił służbę raz na zawsze.
– Rzeczywiście. Ale wiesz, że po prostu nie mogę ci uwierzyć.
– Twoja wiara to twoja sprawa. Daj mi odejść.
– Nie mogę. Jeśli faktycznie nie służysz Hagenowi, to zaciągnij się do mnie.– patrzyli sobie w oczy.
– Nigdy nikogo nie zdradziłem.
Tu też nie było o czym gadać.
– Nie zdążysz uciec. Nie jestem tu sam.
– No to co? Po prostu daj mi odejść, mnie to już nie dotyczy.
– Ale mnie dotyczy.
– Coś taki zajadły?
– Dobrze wiesz, że on będzie walczył, póki żyje. Im szybciej go dopadnę, tym mniej ludzi ucierpi.
– Jego sprawa. Nie moja. Odszedłem od niego. A nie jestem księciem, żeby decydować czy odpowiadać za politykę.
– On też już nie jest. Został rozbójnikiem grabiącym wsie.
– Powiedz to jemu, nie mnie. I daj mi spokój. – Hartmann zareagował nerwowo. Rhoud-an Paul zrozumiał, że to jest powód rozstania.
– Nie mogę. Powiedz, gdzie go widziałeś i jedź w swoją stronę.
– Nigdy nikogo nie zdradziłem.– Hartmann powoli zaczął wyciągać miecz, bo ta rozmowa stawała się coraz bardziej bez sensu. Rhoud-an jednym płynnym ruchem wyciągnął miecz i długi puginał, basilard bardzo ostatnio popularny wśród królewskich rycerzy ale tu wyraźnie przedłużony wedle gustu i smaku szermierza.
– Po twoich śladach go znajdę.
– To sobie szukaj… – Hartmann dobył broni do końca.
A potem zaatakowali się na środku nurtu. Spłoszony koń rzucił się w bok.
Ścięli się kilka razy. Pchnięcie basilarda o włos minęło rękę Weyhara zostawiając rozpruty rękaw poniżej kolczugi. Odskoczyli od siebie i znów rzucili się do ataku. Na niepewnym dnie rzeczki obaj ryzykowali poślizg ale mieli nadzieję, że ten drugi poślizgnie się pierwszy. Opryskiwali się wodą i próbowali chociaż trochę zranić. Rhoud-an Paul atakował szybciej niż wściekły dzik, zasypywał ciosami, które co i rusz zatrzymywały się na kolczudze… Gdyby nie zbroja, Hartmann byłby już martwy albo ciężko ranny. Niski rycerz od ostatniego spotkania zrobił się jeszcze lepszy… i Weyhar uznał, że najlepszą szansę daje brzeg: ten, kto pierwszy stanie na suchym lądzie, będzie miał przeciwnika w przybrzeżnym błotku. Trudno jednak wybierać miejsce walki, gdy mały Galloer szarżował. Kolejne jego pchnięcie rozdarło kolczugę, o włos mijając ciało. Przechwytywał żelazo Hartmanna i równocześnie zadawał wredne podstępne pchnięcia, które cudem nie wchodziły czysto. W kogoś mniej ruchliwego weszłyby za pierwszym razem. Weyhar zdołał parę razy pogłaskać mu zbroję, bardziej niebezpieczny atak nie udał się ani razu. Musiał spowolnić go chociaż trochę, na dwa kroki w błocie… Odskoczył na brzeg… i w tym momencie dostał cięcie pod kolano. Przecięte ścięgna puściły. Rhoud-an ponownie uderzył dokładnie w tej chwili, w której Weyhar opadł na jedną stronę i wbił mu miecz w brzuch przez kolczugę na wylot. A potem równie szybko odskoczył, pośliznął się w błocie i upadł w wodę.
– Niech cię szlag… – Hartmann zwinął się próbując przytrzymać ranę. Mokry Rhoud-an powstał i wyskoczył na brzeg. Z daleka rozległy się krzyki Królewskich Psów zwabionych odgłosami walki. Najwyraźniej obozowali blisko.
– Hartmann, ja naprawdę chciałem mieć cię w swoim oddziale. W Clarenne. Nie zmuszałbym cię do walki z Hagenem.
– Nigdy nikogo nie zdradziłem.
– Wiem, ty cholerny głupcze. Inaczej bym ci nic nie proponował. – Rhoud-an kopnął jego miecz, ocenił stan rannego, wytarł i schował broń. Po krótkim namyśle rzucił szmatkę na trawę, tuż nad wodą. Potem się przepłucze. Zabrał broń umierającego.
– Mówią, że ten kto, umrze z mieczem w ręku, nie wypuści go nigdy potem. Chcesz swój miecz?
– Powinienem był go wyrzucić już dawno.
– Szkoda, że tego nie zrobiłeś.
– Nie mam się czego wstydzić. – Hartmann zamknął oczy i przestał się ruszać.
– Wiem. – Rhoud-an kucnął w pewnej odległości.
Nadjeżdżający robili coraz więcej hałasu.
– Kto to, panie kapitanie? – zawołał Gianni, zanim jeszcze przejechał rzekę.
– Weyhar Hartmann porzucił służbę u Dahlborów.
– Trochę późno… – splunął Janos.
Rhoud-an wzruszył ramionami.
– Nie łamał łatwo swoich przysiąg.
Inne fragmenty powieści można znaleźć tu: Królewskie Psy – Ręka i pół królestwa.
Kategorie
Historia i kultura

Królewskie Psy – prawdziwie książęcy dwór…

Pod wpływem nastroju i pytań postanowiłem dać inny kawałek Królewskich Psów – było już o paniach na różne sposoby, zatem czas na panów. Na początek bardzo dystyngowana scena dworska…

Rada książęca oceniała człowieka, który przed momentem skończył się przechwalać cudownymi umiejętnościami budowlanymi. Żaden z dostojnych panów nie odwiedzał miejsc wymienionych przez mistrza Lenarta di Roca Nera… zatem nie umieli zweryfikować opowieści i wszystko, co tak elokwentnie przedstawił, pozostawało baśnią. Zresztą czym innym rządziło się życie tu, w książęcym, pięknym Betterweiter nad środkowym biegiem potężnej rzeki Seelow. Wedle prawideł tutejszych człowiek ten zasadniczo był trupem. A że na razie o tym nie wiedział, to i uważał się za przyszłego bogacza. Cóż, ludzie łudzą się a życie jest krótkie…

Na wysokim tronie zasiadał Najjaśniejszy Pan Rorik Dahlbor i rozważał każde słowo rzemieślnika. Pozwolił go tu przyprowadzić z czystej ciekawości i już żałował. Ta sala powinna pozostać niedostępna dla ludzi z gminu, bez względu na ich uzdolnienia. Zdolni mogli dekorować ściany, mniej zdolni zamiatać. Na tym koniec. Gotowi sobie jeszcze wyobrażać, że mają tu cokolwiek do powiedzenia. No, zrobi się porządek z tym prostakiem, jak tylko wykona pracę. Zresztą… może wcale jej nie wykona i zostanie sprawiedliwie ukarany. Tak wielkie przedsięwzięcie musiało wabić złodziei. Możliwe, że teraz kłania się przed księciem największy ze wszystkich. Kradli. Wszyscy kradli wszystko. Wieszanie nie pomagało, zresztą kat też kradł pieniądze na powróz i pobierał łapówki od rodzin skazańców za wydanie ciał lub mniej bolesny przebieg egzekucji. Do tego bezczelnie myśleli, że ich władca nie podejrzewa rozmiaru tego potwornego złodziejskiego układu, w którym utonęło państwo. Tak to jest, jeśli książę z dobroci serca pozwoli zapomnieć poddanym, do kogo należy kraj. Rorik Dahlbor uważał się za łaskawego pana, niemniej nawet najłagodniejszy władca musi przypominać poddanym o obowiązkach. A egzekucja dobrze zapadała w pamięć.

Architekt skończył i ukłonił się. Władca z wysokości tronu nie zaszczycił go ani jednym słowem – gestem kazał mu wyjść i zwrócił się do namiestnika górnego dorzecza Verty.

– Von Wreschau, twoja głowa w tym, żeby poradził sobie z budową. Oczekuję szybkiego raportu i efektów, więc ruszaj od razu.

Po wyjściu obydwu mężczyzn Dahlbor przez chwilę siedział nieruchomo. Rozmyślał o planie na wypadek klęski całego przedsięwzięcia. Człowiek rozważny szykuje się wcześniej na trudności. Ścięcie pana von Wreschau w takim wypadku należało raczej wkalkulować jako korzystny ruch kadrowy. Inaczej rzecz wyglądała z zadaniem, na którym prawdopodobnie się wyłoży. Budowa kanału łączącego dwa dorzecza powinna zostać ukończona za wszelką cenę. Niechętnie przyznał sam przed sobą, że kluczem do sukcesu pozostaje architekt. Całe przedsięwzięcie, które mogło uwolnić handel Betterweiter od uciążliwej kontroli królewskiej i ceł w Magasparton, wisiało na jednym człowieku. Architekt, też coś. W łbach się prostakom przewraca. Zanim zaczęli wznosić katedry, nazywał się jeden z drugim mistrzem budowy i puchł z dumy, gdy go tytułowano panem majstrem zamiast zwyczajowego: Ej, ty tam! A teraz przybierają szumne tytuły i ośmielają się gadać w obecności książąt. I pewnie jeszcze wyobrażają sobie, że nikt ich nie zastąpi… Książę Rorik skrzywił się. Nie lubił katedr… kosztowały, dawały bezpodstawne poczucie wartości pospólstwu… Same wady. Architektów też nie lubił… ani żadnych majstrów. A teraz potrzebował kilku takich ludzi na wszelki wypadek.

– Von Rippe, znajdziesz paru takich, którzy będą stale towarzyszyli temu tam… – gestem pokazał drzwi, za którymi zniknął architekt wraz ze swoim protektorem – Mają patrzeć mu na ręce, rozumieć wszystko i w razie czego zastąpić. I pilnować. Jeśli ukradnie cokolwiek, chcę to mieć zapisane. Ale bez mojej wiedzy nie wolno go ruszać.

Inne fragmenty powieści można znaleźć tu: Królewskie Psy – Ręka i pół królestwa.

Kategorie
Historia i kultura

Moje filmy i Kinoszkoła

Epidemia zabiła wiele fajnych przedsiębiorstw, wielu innym porządnie zaszkodziła… między innymi zadała potężny cios Kinoszkole.  Mam nadzieję, że firma przetrwa, chociaż kto wie, w jakiej formie i co z nią będzie dalej? W każdym razie w sierpniu tego roku w ramach programu ” Kultura w sieci ” nasz zespół kinoszkołowy zrealizował kilkadziesiąt filmów edukacyjnych. Miałem w tym swój udział – zrobiłem dwa.

Wszystkie one miały podobny format – 30 minut w całości,  podobna szata graficzna. Wszystkie są wpisane w zagadnienia związane z programami szkolnymi.

Pierwszy z moich dwóch to Kinoszkoła „Samotność, heroizm, wyzwanie: współczesna wizja antycznych wzorów męstwa” czyli co łączy Ernesta Hemingwaya z Homerem?

To próba pokazania kilku istotnych rzeczy w naszej kulturze: tego co nie zmieniło się od czasów Homera, tego co się zmieniło radykalnie, a przede wszystkim tego, co łączy nas z czasami  Achillesa, Odyseusza, Hektora… jak mało się zmieniliśmy jako ludzie, jak bardzo zmienił się nasz świat. Ten film przeskakuje od epoki rydwanów i mieczy z brązu  do czasów karabinu maszynowego tłumacząc po drodze  przepaści między epokami… ale i szczególne pomosty łączące przeszłość i teraźniejszość albowiem odwaga, odpowiedzialność i męstwo wciąż pozostały takie same: zarówno dla Homera jak i Ernesta Hemingwaya.

Drugi film stanowi wstęp do tej części Historii, bez której trudno orientować się europejskiej tradycji w ogóle, a która bardzo często ucieka nam z pamięci: Kinoszkoła „Mitologia grecka: ponad czasem i kulturą”  – rzecz o greckiej kulturze, mitologii, teatrze czyli: jak ludzie z epoki brązu budowali naszą współczesność?

Odnotowuję to specjalnie uroczystym wpisem na blogu, ponieważ uświadomiłem sobie, że przez całe zamieszanie związane z epidemią robiłem mnóstwo rzeczy ale słabo nadawały się one do opisania na blogu i raczej nie zostawiają jakiegoś sensownego śladu. No chyba, że wreszcie zdołam dokończyć powieść, którą też pisałem w międzyczasie…

Kategorie
Historia i kultura Ilustracja Zwierzaki

Gamethoven

Czasami przychodzi kryska na Matyska, a czasami urodziny na Marka.

Co można podarować melomanowi uwielbiającemu swoją boston-terrierkę i piwo?
No właśnie… Początkowo miał dostać piwo.

Niestety piwo jest artykułem spożywczym, co gorsza sprzyjającym natchnieniu i wielkiej lotności ducha. Siedziałem przy tym piwie patrząc, jak w miarę obniżania się poziomu płynu w butelce podnosi się mój Duch… I takMtak nie dostał piwa, za to ja z tegoż piwa dostałem natchnienie… i efekt tego natchnienia powędrował do Marka na urodziny.

Tak w życiu różnie bywa, gdy popijemy piwa.

Piwo ma swoje heroiczne karty w historii. Nasz książę Leszek zwany Białym nie udał się na krucjatę mimo wszelkich wezwań papieża – uczynił to całkowicie legalnie i otrzymał dyspensę na swoją absencję, gdyż złożył przekonywujące usprawiedliwienie: w Ziemi Świętej nie znali piwa, a on, książę Polski, bez piwa i miodu żyć nie może. Papież uznał tę argumentację, z lekka popartą oświadczeniem księcia, że ma pod bokiem swoich własnych pogańskich Prusów, których zaraz będzie nawracał na miejscu w ramach krucjaty wspomagając się ulubionymi wyrobami lokalnego rzemiosła alkoholowego.

Gdyby komuś wydawało się to epizodem niewiele znaczącym, przypomnę, że w wielkim poemacie Jana Brzechwy pod tytułem „Przygody rycerza Szaławiły” o wszystkich przygodach wzmiankowanego herosa dowiadujemy się właśnie dzięki posiedzeniu przy piwie, odbytym w składzie: rycerz Szaławiła w roli narratora-prelegenta, trzech zuchów-pasibrzuchów pociągających z kufla (każdy miał swój własny kufel a nawet postawili rycerzowi – albowiem grał w nich duch prawdziwego sponsora) a  temu zacnemu towarzystwu sekundował pod stołem Roch, giermek Szaławiły.

Jednakże rycerska karta w historii piwa to nie wszystko. Piwo otarło się o świętość a nawet sprawiło cud uzdrowienia!
Zdarzyło się tak, że w czasach Zygmunta III nuncjusz papieski Ippolito Aldobrandini wielce smakował w naszym krajowym piwie, szczególnie w wareckim. Powrócił później do Rzymu i nawet został papieżem Klemensem VIII. Trzeba trafu, że na tym etapie jego kariera przybrała złowrogi obrót: zachorował od wrzodu, z którym nie poradził sobie nadworny medicus. Nie poddawał się gorączce i walczył ze wszystkich sił, a duchowni, przyjaciele i dworzanie modlili się u jego łoża, by mu tych sił nie brakło.

Jednakże gorączka zdawała się wygrywać te nierówną walkę a rozgorączkowany Klemens VIII przypomniał sobie o napoju, który przynosił mu w Polsce ulgę w upalne dni. Ledwie żywy wyszeptał (mając płoną nadzieję, że jakimś cudem któryś ze świętych mu przyniesie kufelek): o Santa… piva di Polonia… o, Santa… biera di Warca!
Zmartwieni dworzanie uznali to za modlitwy do jakiejś nieznanej im lokalnej świętej, a duchowni posłuszni głowie Kościoła rozpoczęli modlitwy: Santa Piva ora pro nobis…
Ledwie żywy Klemens VIII, wytrawny dyplomata, zachował dość przytomności umysłu, by docenić sytuację. Mimo słabości i cierpienia ryknął śmiechem tak gwałtownym, że pękł mu wrzód – przyczyna choroby.

Skutkiem tego zaczął szybko wracać do zdrowia… I niech ktoś udowodni, że wstawiennictwo świętej Pivy z Polski nie pomogło!

Kategorie
Historia i kultura Ilustracja

Chimera nr 1 – Syrena Raf Koralowych

 Chimera znana z mitologii greckiej miała ciało kozy, ogon węża, głowę lwa i wbudowane urządzenie zapalające – ziała ogniem, o czym atakujący ją wojownicy dowiadywali się na moment przed śmiercią.
Przeszła do mitologii jako symbol stworzenia niemożliwego – biolodzy do dziś nazywają jej imieniem organizmy mające dwa rodzaje DNA.
Jednakże wyobraźnia ludzka to nie biologia, tu wszystko może się wydarzyć.
Wyobraźnia ludzka jest chimeryczna.
Nie da się ukryć, że ja jestem człowiekiem, co wystarczy za usprawiedliwienie dla tworzenia w wyobraźni różnego rodzaju hybryd – w ten sposób narodził się pomysł cyklu pod zbiorczym tytułem „Chimery”.
Wszelkiego rodzaju eksperymenty artystyczne mają na celu sprawdzenie, co się wydarzy? Co zrobi na nas wrażenie?
Pewnego dnia pomyślałem sobie, że syrena – pół-kobieta, pół-ryba to także pewien rodzaj chimery międzygatunkowej. Pytanie brzmi: jak mogłaby wyglądać? Czy byłaby kolorowa, niczym ryby z rafy koralowej? Czy byłaby szczupła niczym lekkoatletki, czy też przeciwnie: przypominałaby stworzenia ograniczające straty ciepła przy pomocy tkanki tłuszczowej, takie jak foki, wieloryby czy manaty (zresztą nazywane przecież syrenami)?
Wyobraźnia raz popędzona w tym kierunku zaczęła podsuwać mi coraz dziwniejsze zestawienia i kształty. Na początek postanowiłem zestawić precyzyjny rysunek brązowym tuszem z suchą pastelą dostarczającą świetlistych i jaskrawych kolorów na szarym kartonie.
Ale wybór techniki to pierwszy krok, prawdziwym wyzwaniem jest wybór przedmiotu.
Jak wygląda syrena dzisiaj? Grecka była pół-ptakiem pół-kobietą, rzymska przypominała syrenkę warszawską. Na szczęście nie muszę się ograniczać tradycją, gdyż nie jestem ani Rzymianinem, ani Grekiem ani nawet warszawiakiem…
Mogłem bez skrępowania tworzyć własną wersję – o dowolnym stopniu dosłowności.
Ręka jest poniekąd firmowym znakiem istot człekokształtnych ale czy ręce syreny powinny przypominać nasze – dostosowane do pracy – czy też raczej zwierzęce dostosowane do chwytania ofiar? Jaką głowę powinna mieć syrena? Nie oszukujmy się – uwodzicielska twarzyczka przydaje się syrenie do polowania na żeglarzy stęsknionych za towarzystwem, nie na ryby. W czasach potężnych stalowych statków syreny z kobiecą głową wyginęły z głodu z powodu nie zauważania ich kusicielskich walorów przez potencjalne ofiary. Przetrwać mogły tylko i wyłącznie te, które dietę oparły na bardziej dostępnych stworzeniach morskich niż marynarze i turyści. Poza tym głowa wyposażona w potężny dziób wcale nie wyklucza polowania na brzegu – po prostu plażowicza trzeba porwać zamiast skusić. Po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że współczesna syrena winna mieć głowę odmienną od mitycznego wzorca.
Współczesnej syrenie przydałyby się również pułapki świetlne takie, jakie mają ryby głębinowe – ostatecznie coś się może złapać i na taką wędkę…
Powstanie jeszcze wiele syren i chimer.
Ten pomysł kusi mnie niczym syreni śpiew.

Kategorie
Fotografia Historia i kultura

Chotel Czerwony czyli sztuka gipsowania…

Kilka razy już publikowałem zdjęcia tego miejsca, ale za każdym razem z innej wycieczki. Zauważyłem, że nabrałem zwyczaju fotografowania Ponidzia w letnie miesiące przy wyżowej pogodzie. A zatem: przedstawiam Chotel Czerwony jak co roku…

Kategorie
Fotografia Historia i kultura

Kielce i balkony

Kieleckie balkony zasługują na osobną rozprawę, zawadzającą z jednej strony o okoliczne odlewnie żeliwa takie, jak na przykład zakłady w Stąporkowie a z drugiej – o dalekie krainy w rodzaju Wiednia czy Paryża…

Brzmi śmiesznie, bo Stąporków łatwo zrozumieć ale skąd ten Paryż?

Otóż wszystkie te odlewnie okoliczne pilnie śledziły światowe trendy, kupowały najmodniejsze katalogi wiodących producentów, wzorniki udostępniane na wystawach rzemiosła… A następnie bezczelnie skopiowały i sprzedawały jako własne. Tym sposobem niewielka odlewnia w Stąporkowie oferowała wyrób dokładnie taki sam jak czołowe europejskie wytwórnie zatrudniające najznakomitszych plastyków w charakterze projektantów. Projektanci nic z tego nie mieli… nasi przodkowie – owszem: dostęp do świetnych wzorów. Z naszego punktu widzenia piractwo i kradzież dorobku intelektualnego, ówczesnego standardowa metoda pozyskiwania dobrych wzorów…

Jakby na to nie patrzeć mamy w Kielcach mnóstwo pięknie zachowanych zabytków tego typu, właściwie całe stare Kielce wyposażono w tego typu dodatki budowlane.

Ciekawe co by było, gdyby nasi lokalni producenci zechcieli płacić polskim twórcom za opracowywanie oryginalnych wzorów?

Może mielibyśmy na ulicach więcej Wyspiańskiego, Malczewskiego czy innych znakomitości? Może wielu młodych artystów miałoby przynajmniej podstawowe środki utrzymania na początku kariery… Może, może, może… jest w tym coś z podcinania gałęzi, na której się siedzi.

To poniekąd dziedzictwo polskiej biedy – bo wprawdzie mieliśmy bardzo wielu bogaczy, ale mieliśmy też dość powszechną nędzę. Mówiąc o nędzy mam na myśli nie realny brak środków do życia, co pewien sposób gospodarowania: oszczędzanie przez podkradanie komuś, kogo można okraść bezkarnie.

Niestety takie dziedzictwo daje się u nas zbyt często we znaki …