Jak wygrać?
Na YouTube pod każdym filmem na temat przedwojennego polskiego lotnictwa toczą się gorące dyskusje a w tych dyskusjach przewijają się wciąż te same punkty rozpalające wyobraźnię…
Czasem kusi mnie, żeby odpowiedzieć przynajmniej na niektóre z tych kwestii, a w każdym razie: zanotować je sobie i udostępnić publicznie a następnym razem po prostu dać link.
Jedno z tych pytań powtarza się w zasadzie za każdym razem, gdy mowa o planach rozwoju polskiego przedwojennego przemysłu zbrojeniowego, projektowanych pojazdach, samolotach broni itd.: Mieliśmy wspaniałe i obiecujące prototypy… Czy mogliśmy wygrać z Niemcami, gdybyśmy mieli 100 nowoczesnych samolotów myśliwskich (albo wystarczającą ilość dowolnie wybranego innego sprzętu)? Albo gdybyśmy zdążyli wprowadzić te wszystkie wspaniałe konstrukcje do służby?
Odpowiedź jest brutalnie krótka: nie.
Jednak tylko wojsko premiuje lakoniczne komunikaty, w rozmowach w każdym innym miejscu za odpowiedź bez uzasadnienia można dostać niskie oceny nie tylko w szkole ale i w życiu. A przede wszystkim takie stawianie pytań dotyczy niewłaściwego problemu, bo wojny nie wygrywa się jednym typem karabinu ani innym sprzętem (teoretycznie można wygrać ją, gdy tylko jedna strona dysponuje bronią jądrową ale to teoria bez pokrycia).
Wojnę od wieków wygrywa się zdolnością do prowadzenia jej dłużej, niż przeciwnik jest w stanie wytrzymać. Zagłodzenie armii wroga dało więcej zwycięstw niż wielkie bitwy, które zresztą miały właśnie doprowadzić przeciwnika do wyczerpania.
Oczywiście w czasie drugiej wojny światowej zagłodzenie jako takie przybrało postać pozbawienia paliwa, amunicji i różnych innych środków bojowych a cel ten osiągano niszczeniem zaplecza, odcinaniem od materiałów strategicznych, niszczeniem środków bojowych i wyczerpywaniem zdolności wroga.
Przedwojenna Rzeczpospolita miała pod tym względem możliwości wielokrotnie mniejsze niż III Rzesza… mówiąc wprost: nie wystarczające… a o porównaniu ze stalinowską Rosją szkoda mówić. Do tego całe nasze państwo było w zasięgu nie tylko niemieckich bombowców dalekiego zasięgu ale nawet tych taktycznych, operujących blisko, które w dodatku mogły nadlatywać na nasz kraj z trzech kierunków. Gdybyśmy przezbroili całą armię w karabiny automatyczne inżyniera Maroszka, to po prostu żołnierze polscy szybciej wystrzelali by posiadaną amunicję, eliminując tylko trochę więcej żołnierzy niemieckich… albowiem tam, gdzie Niemcy napotykali silny opór – wysyłali Stukasy z bombami i czołgi oszczędzając życie żołnierzy Wehrmachtu a nasze wojsko nie dysponowało wystarczająco sprawnym zaopatrzeniem, by na czas dostarczać paliwo i amunicję. Ten problem od razu odpowiada na pytanie, co by było gdybyśmy mieli 1000 czołgów? Po prostu stanęłyby z braku paliwa i zostały zniszczone przez załogi służąc Niemcom jako źródło metalu do własnej produkcji przemysłowej. No ale gdyby oprócz karabinów i czołgów mieć odpowiednią ilość ciężarówek? To by może coś pomogło… bo logistyka to fundament sprawnego działania armii i skutecznej walki. Logistyka armii polskiej okazała się całkowicie niewydajna, zapasy materiałów bojowych leżały w magazynach a wojsko cierpiało na ich brak na froncie… Na pewno duża ilość ciężarówek mogła tu znacząco pomóc… Problem jednak polega na tym, że posiadanie ciężarówek wymusza posiadanie kierowców, mechaników, zaplecza, zakładów, w których te ciężarówki powstają… czyli tego wszystkiego, czego druga Rzeczpospolita nie miała ale bardzo próbowała stworzyć. Takich rzeczy nie tworzy się jednak w 2 lata, z problemem logistyki opartej o transport samochodowy nie poradzili sobie nawet Niemcy mniej więcej do połowy wojny… a dysponowali środkami wielokrotnie przewyższającymi to, na co mogła się zdobyć druga Rzeczpospolita. Mówiąc inaczej: to, co mogło pomóc było nieosiągalne, a jeszcze jest jedna okoliczność, o której trzeba pamiętać: kolumny samochodów transportowych to wymarzony cel ataków dla lotnictwa. Niemcy zaś dysponowali świetnie zorganizowanym lotnictwem wsparcia doskonale wyszkolonym do ataków na cele naziemne i mogli je wezwać poczynając praktycznie od szczebla dowódcy batalionu…
Przytłaczająca niemiecka przewaga w powietrzu doprowadziłaby do zniszczenia wojskowych konwojów na drogach zaopatrzenia i nasz cudownie stworzony transportowy korpus ciężarówek zamieniłby się w płonący złom. Do działania takiej logistyki trzeba zapewnić jej osłonę przed lotnictwem wroga.
A czy w takim razie mogliśmy robić tak, jak Niemcy i Anglicy czyli wyprodukować więcej samolotów myśliwskich?
No, nie bardzo. Niemcy i Anglicy mieli potężny przemysł, zarówno ciężki, jak i każdy inny, rozwijany właściwie bez specjalnych przeszkód od rewolucji przemysłowej. Rozwój przemysłu polskiego (bardzo skromny) miał miejsce w latach od trzeciej ćwierci osiemnastego wieku do powstania listopadowego (wliczając przerwę na wojny napoleońskie) czyli raptem przez jakieś 25 lat trwał spokojnie… Potem nastąpiła długa przerwa, gdyż zaborcy celowo hamowali rozwój gospodarczy rozszarpanej przez siebie Rzeczypospolitej… I pewien krok naprzód nastąpił na dobrą sprawę w bardzo ograniczonym zakresie od schyłku dziewiętnastego wieku a w jakimś sensownym tempie – od zakończenia wojen o granice prowadzonych przez odrodzoną Rzeczpospolitą, czyli mniej więcej od 1923 roku i zaraz rozbił się o wielki światowy kryzys, który ze względu na pozaborczą biedę trwał u nas dłużej niż w lepiej prosperujących gospodarkach państw zachodnich… My po prostu nie mieliśmy odpowiednio silnych zakładów mechaniki precyzyjnej, produkujących nowoczesnej instalacje, brakowało nam wytwórni obrabiarek, odpowiednio rozwiniętego przemysłu ciężkiego i każdego innego. Dopiero plan Grabskiego rozpoczął systematyczne państwowe inwestycje, poczynając od budowy portu w Gdyni i ośrodków przemysłowych w Stalowej Woli i innych… A przecież rozpoczęcie budowy zakładu to nie to samo, co rozpoczęcie produkcji. De facto nie mieliśmy z czym zaczynać budowy przemysłu lotniczego aż do połowy lat dwudziestych. Tam, gdzie Anglicy mieli 150 lat doświadczeń na start, my mieliśmy 15 lat na całość.
Tymczasem samolot od początku swojego istnienia był najnowocześniejszym sprzętem, jaki można sobie stworzyć w danych realiach przemysłowych… i tak chyba już zostanie na długo. Wydawać by się mogło, że nie, przecież samoloty z pierwszej wojny światowej to sklejka, płótno i coś tam jeszcze… Kluczowe jest właśnie coś tam jeszcze: na przykład silnik. A tak naprawdę o wiele ważniejsza jest zdolność do przeskoczenia w świat najbardziej zaawansowanych technologii.
Nawet bardziej sama zdolność niż osiągnięcie szczytu na chwilę. Anglicy czy Niemcy o wiele prędzej niż my przetwarzali udany prototyp w służący wojsku produkowany seryjnie samolot. A przy okazji o wiele szybciej i sprawniej usuwali choroby wieku dziecięcego zaś ilość konstrukcji zaprojektowanych, wyprodukowanych, wprowadzonych do służby i sprawdzonych przekładała się na ogromną wiedzę o eksploatacji, ergonomii, organizacji i usuwaniu problemów. My zwyczajnie nie mieliśmy czasu nabyć takiej wiedzy w praktyce, zaś inaczej niż w praktyce po prostu się nie da.
Mógłbym tutaj długo mówić o technologiach ale o wiele lepiej będzie pokazać zdjęcie.

Samolot myśliwski PZL P-1 konstrukcji inżyniera Puławskiego w momencie swojego debiutu na salonach lotniczych okazał się najlepszym myśliwcem świata… Nie zgarnął wszystkich nagród głównie przez zawiść potentatów lotniczych zasiadających w jury. Był cudem inżynierskiej myśli i umiejętności poskładania w całość rozmaitych składników. Hala zakładów lotniczych, w której go zbudowano i na tle którego stoi, nie jest już takim cudem. Prawdę powiedziawszy na tle epoki stanowi dla tego samolotu dość przygnębiający kontrast.
Po mniej więcej 10 latach istnienia państwa polskiego potrafiliśmy stworzyć piękny samolot… ba! najpiękniejszy wśród współczesnych. Jednak nie oznacza to nadrobienia w 10 lat zaległości ciągnących się od wieku. Wbrew pozorom sukces PZL P-1 nie był dowodem wyjątkowych możliwości państwa i przemysłu, bo samolot ten miał licencyjny silnik a jego twórca wprawdzie ukończył polskie szkoły… ale z oczywistych względów praktykował we francuskich zakładach Bregueta, zanim zaczął sam coś konstruować: polski przemysł już na starcie był zapóźniony, gdyż wchodził do wyścigu wtedy, kiedy inni od dawna biegli.

Mniej więcej to samo można powiedzieć o wszystkich spektakularnych osiągnięciach przemysłu polskiego przed wojną: stanowiły fantastyczne osiągnięcie, mamy powód do dumy… były wynikiem ogromnego wysiłku całego społeczeństwa płacącego podatki w warunkach światowego kryzysu i borykania się z odziedziczoną po zaborach biedą. Jak na warunki – to był wyczyn. Jednakże z koniczności rywalizowaliśmy z tymi, którym od początku było o wiele łatwiej… Startowaliśmy od zera, gdy inni mieli na starcie solidną bazę zarówno majątku trwałego, jak i praktycznego doświadczenia w wdrażaniu projektów. A to oznacza, że nasze osiągnięcia miały pod górkę na starcie.
Nasz wspaniały i niezwykle nowoczesny bombowiec PZL-37 Łoś w praktyce frontowej ukazał się trochę zbyt delikatny i niezbyt ergonomiczny jak na wymagające warunki polowych lotnisk. A przy tym powstawał zbyt długo: gdy oblatano prototyp był jedną z najnowocześniejszych konstrukcji na świecie, gdy wszedł do służby – już go dogoniono i był przeciętny. W latach trzydziestych rozwój techniki lotniczej był szybszy niż rozwój wyobraźni decydentów.
Co więcej: produkcja samolotów to zajęcie zespołowe… a niezwykle ważną rolę odgrywa w nim średnia kadra techniczna. W okresie międzywojennym (i długo później) byli to na przykład kreślarze, którzy projekt inżynierski przerabiali na odpowiednią ilość rysunków wykonawczych dla techników na linii produkcyjnej. Dlaczego o tym mówię? Bo tych kreślarzy mieliśmy w zakładach PZL za mało, by równocześnie realizować szybko wiele zaawansowanych projektów. To nie były czasy obrabiarek sterowanych cyfrowo i projektów w AutoCadzie, tam trzeba było ręcznie przenieść rysunki na odpowiednią ilość arkuszy potrzebnych w hali produkcyjnej.
A przecież na rysowaniu dokumentacji sprawa się nie kończyła, tylko zaczynała… Żeby mieć nowoczesne samoloty na czas , musieliśmy najpierw mieć zakłady wytwarzające ich podzespoły: silniki, instalacje i wiele innych elementów, choćby śmigła (przez długi czas polskie samoloty używały śmigieł krajowej produkcji z firmy Szomańskiego, solidnych i porządnie wykonanych… cóż, kiedy drewnianych: gdy rosnące osiągi samolotów bojowych zmuszały do zastosowania śmigieł metalowych o zmiennych ustawieniach, krajowy producent przestał wystarczać, trzeba było kupować za granicą – za pieniądze, których brakowało).
Dlatego PZL Sum musiał poczekać aż skończą PZL Wilka a PZL Jastrząb nie zdążył na wojnę.
Dlatego państwo polskie musiało budować zakłady lotnicze i inne, inwestować w szkoły kształcące nie wąskie grono wybitnych twórców ale przede wszystkim szerokie grono solidnych fachowców. Przemysł lotniczy wymaga inwestycji ale w dłuższej perspektywie czasowej nadaje nowoczesność całej gospodarce. Budowano go u nas poniekąd na kredyt, ze słusznym przekonaniem, że to inwestycja w przyszłość a nie krótkoterminowy biznes: rynki lotnicze na świecie zaczynały być już mocno podzielone przez największych graczy, Polsce zostawali biedniejsi i bardziej peryferyjni klienci. O kontrakty było trudno, co oznaczało, że pieniądze nie popłyną do przemysłu tak szybko, jak by się przydało. Nasz przemysł wiele obiecywał ale póki co nie nadążał za potrzebami. Na rozwój bardzo trudno było zarobić… W dodatku należało najpierw wybudować zakłady produkujące własne silniki, płatowce, instalacje…
Tego nie dało się zrobić w 5 lat. Szczerze powiedziawszy… Polskie inwestycje częściowo dokończyli Niemcy już w czasie wojny… po czym znów zostały zniszczone w trakcie działań wojennych u jej schyłku.
Ogromny wysiłek dwudziestolecia międzywojennego dał efekty dopiero przy powojennej odbudowie: ci, którzy byli młodymi dobrze zapowiadającym się inżynierami w roku trzydziestym ósmym, w latach pięćdziesiątych kształcili kolejne pokolenia. O ile przeżyli wojnę a stalinowska władza nie uniemożliwiła im pracy.
Wszystko jednak wskazuje na to, że druga Rzeczpospolita nie była w stanie obronić się, niezależnie od tego czy zdołalibyśmy wprowadzić do służby nowoczesne myśliwce, karabiny samopowtarzalne czy lepsze działa… Nie zdążylibyśmy się przygotować nawet wtedy, gdyby wojna wybuchła 2 lata później… Przecież po drugiej stronie naszego państwa czekał Stalin, gotowy rozszerzyć swoje władanie na zachód. Nawet pokonanie Hitlera w 1939 nie rozwiązałoby tego problemu.
Czy w takim razie warto było tak się starać?
I tu odpowiedź jest znowu bardzo prosta: tak, warto inwestować w naukę, kształcenie, wychowanie i ludzi jako takich. Warto budować im lepsze miejsca pracy i dążyć do nowoczesności. To zawsze daje większe szanse na przyszłość, nawet, gdy nikt nie przewidzi meandrów przyszłości.
Oczywiście zawsze można nie wysilać się i poprzestać na drewnianych grabiach. Jednak poleganie na grabiach nie gwarantuje bezpiecznej przyszłości. Kto grabiami wojuje – ten od grabi ginie. 

Najnowsze komentarze