Kategorie
Ilustracja

Dwie wieże

Skończyłem „Dwie Wieże”.

To pierwszy obraz z serii, dla której jeszcze nie dorobiłem się odpowiedniej nazwy.
Prawdopodobnie będzie coś o przysłowiach ale nie wiem, co?

Najważniejsze, że mam program całej serii i kilka tematów na początek.

Ale „Dwie Wieże” to obraz specjalny.

Po pierwsze – otwiera cykl. A początki zawsze są ważne, bo nadają ton.

Po drugie – już w ciągu pierwszych kilku minut od pokazania ten obraz dorobił się wielu interpretacji – w tempie 1 interpretacji na minutę…
Z powodu mnogości odczytań dorysowałem strzały wbite w fortyfikację, ponieważ moim zamiarem było pokazanie konfliktu a nie radosnej współpracy. Zresztą te strzały były już na ołówkowym szkicu,. tylko w ferworze machania pędzlami o nich zapomniałem.

Po trzecie – „Dwie Wieże” powstawały z przygodami.

Na początku chciałem zacząć cykl od pomysłu o obiecującej nazwie „Desant”. Obudziłem się rano z gotową ideą w kolorach ciepłych, słonecznych i wpadających w czerwienie. Przed malowaniem wyprowadziłem pieska na spacer i załatwiłem kilka drobiazgów w rodzaju poczty, zakupów, codziennej biurokracji, głaskania kotów, trzymania Pumiastej na kolanach itd… i kiedy zacząłem malować – mój słoneczny, ciepły, pomarańczowo-żółty pejzaż zaczął wyglądać tak:

Jak widać, obrazek nieco się różnił od założeń początkowych ale w naszej części świata to chyba normalne, a przynajmniej często spotykane. Ponieważ jednak próbuję być pojętnym uczniem historii, już w połowie pracy zorientowałem się, co robię…
Nie każdy może to o sobie powiedzieć. Wielu ludzi nie orientuje się aż do finału a nawet grubo po finale pracy, mimo, że efekty ich wysiłków kopią ich z energią wkurzonego ogiera.

Nie pozostało mi nic innego, jak dla pamięci uwiecznić swoją pomyłkę i pokryć nieszczęsne płótno trzema warstwami gruntu. Dopiero po trzeciej ten nieszczęsny desant przestał wystawać spod spodu. Cóż, pomyłki nie poddają się łatwo.

Kiedy kolejne warstwy w końcu wyschły, mogłem zabrać się poważnie do pracy.

Tym razem udało mi się pamiętać, co właściwie chcę zrobić, częściowo dlatego, że Taro wlazł Pumie na głowę i zamiast rozleniwiającego mruczenia miałem za plecami odgłosy kociej awantury przeplatanej łomotem przewracanych książek, gdy Pumiasta uciekała po półkach.

Mimo wszystko jednak zrezygnowałem z nadmiernego kontrastowania zamków. Tylko w bajkach, westernach, propagandzie i u Tolkiena przeciwnicy są czarni i biali, obserwacja natury podpowiada, że najbardziej wojują  ze sobą ci, którzy się  najmniej różnią.

Mając na względzie realizm i odwieczne dążenie do naśladowania natury postarałem się, żeby obie wieże były do siebie raczej podobne. No i kto by budował sąsiadujące zamki z różnego materiału, jeśli w swojej okolicy może dostać tylko jeden rodzaj kamienia?  

A jak podpowiada kolejna obserwacja: o kształcie ostatecznym budowli bardziej decyduje gust budowniczego niż materiał budowlany, zaś gust to najpoważniejsza przyczyna wojen.

I przyszedł wreszcie ten przyjemny moment, kiedy mogłem gotowy obraz powiesić na ścianie i zobaczyć jak wygląda w naturalnym środowisku.

A wtedy obraz zrobił to, co sztuka robi najlepiej: upadł nisko i z hukiem.

Pies wylazł spod kanapy, spojrzał na mnie z wyrzutem i poszedł spać do Psinorki. Koty zwabione odgłosem zjawiły się i w zadumie analizowały przydatność kolorowego płótna do Kocich Celów.
Powiesiłem go czym prędzej, zanim Taro uzna go za Idealną Osełkę Do Pazurków i poszedłem po aparat i statyw.

Naturalnie obraz spadł znowu, jak tylko ustawiłem sprzęt. Dobrze, że Wierna Kanapa czuwała i nic mu się nie stało.

I oto jest. Skończony. Pierwszy z serii. I tak dalej.

Kto wie, co będzie potem? Martwa natura? Coś z mistyki żyraf? Jakieś krakowskie klimaty?

Jedno jest pewne: mam drugie takie samo płótno, jeszcze nie wyjęte z folii. Zatem prawdopodobnie namaluję coś kwadratowego.