Królewskie Psy: Baby ze Szkierów

Ponieważ od dawna odgrażałem się, że pokażę jakiś fragment pisanej właśnie powieści z uniwersum Królewskich Psów, Rhouda-an Paul i reszty towarzystwa – niniejszym zamieszczam debiut Bab Bojowych w służbie króla, tym razem w charakterze strażników porządku publicznego, prawa, moralności i całej tej reszty, nad którą one nigdy nie dumały zbyt wiele. 

Sierżant zmarzł tej nocy i nade wszystko pożądał spokoju, przynajmniej na jeden dzień. Rozkaz starosty wcale nie przypadł mu do smaku. Ale mając do wyboru służbę w porcie lub patrolowanie ulic z babami – wolał jednak baby. W porcie strasznie wiało od morza. Teraz popatrywał na nie kątem oka i zastanawiał się, jak niby mają się sprawdzić łażąc za nim krok w krok. Właściwie nie miał nic przeciwko. Biły się coraz lepiej, a nawet przewyższały większość wiejskich osiłków, co się zgłaszali do wojska na ochotnika. Sam pamiętał dobrze, że kiedyś był takim osiłkiem. Umiał oceniać postępy w nauce. Kosa… mogła kiedyś stać się naprawdę dobra. Tyle, że to baba, jak one wszystkie.

I właśnie od tej strony spodziewał się kłopotów. Jeszcze go w mieście gotowi obwołać babim wodzem… Najchętniej pokazałby się z nimi na patrolu dopiero, jak się trochę znudzą mieszczanom, na co jednak wcale się nie zanosiło. Nie z Kosą o gębie w niebieskawe krechy i blizny, ani z pyskatą Grjotą, która na każde słowo odpowiadała tak, że ochrzaniony czerwieniał jak rak. Przynajmniej Kaisa Ubbasdottir nie zapowiadała kłopotów na każdym  kroku. Ale tak naprawdę to wszystkie zwracały na siebie uwagę i samym istnieniem gorszyły normalne żony zwykłych ludzi. Sporo czasu minęło, nim zamkowe przestały spluwać na widok bab w portkach i pod bronią. Na mieście z pewnością nie pozostaną niezauważone… Najniższa z nich nieco przewyższała wzrostem normalnego mężczyznę. Może wśród rosłych Królewskich Psów mogły się schować, w tłumie mieszczan ta sztuka na pewno nie wyjdzie. Kosa wydawała się ładna bez zbroi ale jacquet krył kształt ciała a hełm wystawiał na widok tylko jej poharataną twarz, zaciętą minę i chęć wypatroszenia kogoś. Do tego wśród wszystkich bab ze Szkierów wyróżniała się szybką ręką do sztyletu. Wystarczyło, że ktoś głupio skomentuje jej gębę… Nieszczęście gotowe.

Grjota… jej przydałby się knebel lub kaganiec przed wyjściem za bramę zamku. Nie zaczepiała nikogo pierwsza… ale poczuwała się do obowiązku pyskowania za Kosę. Co i dobrze, bo Kosa zamiast po słowa sięgała po żelazo. Ubbasdottir zaś milczała i niebieskimi oczętami obserwowała wszystko wokół z dziecięcą ciekawością. Miała okrągłą twarz, gładkie policzki a kosmyk jasnych włosów wysunął się spod czepka, który najwyraźniej źle założyła. Nie wiadomo, co jej do łba strzeli… Wszystkie trzy niosły swoje nowe toporki, jakby nic innego w życiu nie robiły. Cholerne dzieciaki.

Nie należał do ludzi szczególnie pobożnych ale teraz nieśmiało prosił Pana Naszego o nudny dzień.

Pan jednak nie wysłuchał modłów, bo na ulicy Szewskiej dobiegły ich z daleka krzyki i lamenty. Przyśpieszyli kroku. Sierżant westchnął cicho. Mógł się założyć, że majster szewski Romio uchlał się wczoraj, wstał z kacem o poranku i pobił żonę, jako czynił prawie co poniedziałek. Baby szkoda. Ich dzieci też. Nic dobrego nie wyrośnie z takich, co patrzą jak ojciec poniewiera matkę. Od dawna miał ochotę ukrócić jakoś tego awanturnika, czekał na pretekst, ale na miłość Boską, nie dzisiaj.

– Wchodzimy, panie sierżancie? – Grjota nie wytrzymała. Wszystkie trzy patrzyły tam, jakby chciały roznieść w pył szewca wraz z domem i warsztatem. Jednak mimo niezbyt wielkiego wzrostu Romio znany był z licznych bójek na pięści i upodobania do mordobicia. Nie należał do najłatwiejszych przeciwników w tym mieście.

– Wbijcie sobie do głowy, że strażnikom królewskim nie wolno włazić do cudzego domu bez rozkazu albo zaproszenia gospodarza. Chyba, że gonicie przestępcę. Nasza rzecz to ulice a nie domy. – sierżant powiedział bez przekonania. Kilka razy nie zdążył złapać Romia w trakcie burdy i szczerze tego żałował. Baby gotowały się ze złości słysząc krzyki szewcowej. Wcale im się nie dziwił. Ale nie dały kroku bez rozkazu. Grzeczne dziewuszki.

I wtedy gospodarz wyrzucił swoją ślubną za próg dodając jej rozpędu pięścią.

– A wy się nie gapcie, bo ja tu jestem panem! Mój dom i mogę robić co chcę! A jak zechcę to go spalę! – wrzasnął na stojących strażników królewskich i cofnął się z powrotem na swój teren. W oknach sterczały głowy sąsiadek a gapie już nadciągali.

Sierżant spojrzał na kobietę niemrawo podnoszącą się na kolana… miała paskudnie rozciętą brew, krew zalewała jej oko oraz szybko puchnącą twarz. Widać też było, że rusza się z trudem, jakby bolało ją całe ciało. Żadna z żołnierek nie drgnęła ale prawie czuł ich wzrok wiercący plecy.

– Zapamiętajcie sobie… majster robił burdę na ulicy, bluzgał królewskiej straży i po pijanemu groził podpaleniem… – powiedział głośno i wyraźnie, co oczywiście odebrały jako rozkaz – Kosa, stój! Nie trzeba tu trupa ani szlachtuza, to majster cechowy. Żaden tam obwieś. Pouczyć go trzeba o królewskim prawie i porządku. Kaisa pójdzie.

Zaledwie jednak Ubbasdottir dała krok, zatrzymał ją znowu.

– Bez broni. Nie potrzeba nam nieszczęścia. Masz go pouczyć a nie napaść z żelazem.

Oddała Grjocie kapalin i toporek, zaczęła rozwiązywać pas z kordem i sztyletem. Gapie dopiero teraz zauważyli płeć żołnierza… Niektórzy zaczęli chichotać, inni pokazywać palcami. Ruszyła w głąb otwartej bramy. 

– Panie majster, w imieniu króla uspokójcie się… – wołając zniknęła w czeluściach szewskiego mieszkania. Przez chwilę słychać było wyzwiska szewca. Potem głuche łupnięcie. Potem łoskot przewracanych sprzętów, trzaski i kolejne uderzenie czegoś dużego o ścianę. A potem coś spadło z brzękiem. Sierżant pożałował, że nie posłał tam jeszcze Grjoty… ale właściwie powinien był pójść sam i pokazać im, jak to załatwia profesjonalista. Rozległy się kolejne uderzenia przeplatane głuchymi okrzykami. Nagle w drzwiach pojawił się Romio, ale zanim zdołał wybiec na podwórze – coś wciągnęło go z powrotem. Potem znowu głuche stęknięcie… podobne do tego, które wydał Herman kopnięty w krocze trzy dni temu w czasie ćwiczeń… i trzask zgrzytających od uderzenia zębów. Majster wyleciał z drzwi i upadł na wznak z szeroko rozłożonymi rękami. Z izby wyłoniła się Kaisa z szewskim stołkiem w jednej ręce i dzbanem w drugiej. Miała skaleczoną wargę, zdartą skórę na kostkach dłoni i furię w oczach. Romio próbował się podnieść. Zamierzyła się na niego stołkiem, zasłonił twarz i padł z powrotem na ziemię. Sprawnym ruchem postawiła mebelek nad nim, aż zipnął, gdy poczuł się wciśnięty pomiędzy jego solidne nogi. Usiadła, zanim zdążył zaprotestować choćby najmniejszym gestem. A potem przydepnęła mu łokcie i zmusiła do odsłonięcia paskudnie obitej gęby. Pociągnęła łyk z dzbanka i wylała resztę wody na twarz szewca. Rzucił się ale znieruchomiał, gdy znów zamierzyła się na niego naczyniem.

Spojrzała na gapiów, potem na podwórko i chlewik. 

– Słuchaj, co ci powiem w imieniu króla… – wygłosiła donośnie, niczym kaznodzieja w katedrze – Baba pierze twoje gacie, żebyś nie śmierdział, jak świnia. Baba daje ci żreć w misce, żebyś nie chłeptał, jak świnia z koryta. Baba sprząta ci izbę, żebyś nie leżał w gnoju, jak świnia… To szanuj swoją babę, bo tylko dzięki niej widać, żeś ty chłop a nie świnia.

Postawiła dzbanek na ziemi. Wstała sprawnie, jakby pochlipujący cicho szewc miał jeszcze ochotę łapać ją za nogi. 

Wyszła z szewcowego obejścia patrząc spode łba na gapiów, którzy rozstąpili się z szacunkiem. Odwróciła się.

– A jak się jeszcze raz upijesz, to wrócę! I w imieniu królewskiego prawa i porządku wepchnę ci w mordę cały gnój z twojego chlewika, żebyś zapamiętał, po co ma się chłop od świni różnić!

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.